Jest w tym roku nadzwyczaj deszczowe lato, w sumie nawet nie miałam okazji by je odczuć i poczuć. Wilgoć, która panoszy się w powietrzu daje mi natomiast wiele doznań, ranki i wieczory są fantastyczne dla olfaktorycznych odkryć. Na ziemi leżą już jakiś czas przejrzałe owoce, jabłka i śliwki, nie pachną słodko, są lekko kwaśne, sfermentowane, jeszcze żywe i trochę wstydliwe, bo nie oferują zapachu zielonego jabłuszka czy soczystej śliwki jakich doświadczamy z flakonów perfum.
Las dzięki deszczowi oddycha głęboko ujawniając zapachy grzybni wymieszanej ze ściółką i drewnem ściętych niedawno drzew.
Mam teraz taki czas, że mniej siedzę w pracowni, to nie brak weny, pomysłów, to coś innego…
Wczesnymi rankami wychodzę z aparatem, a to w miasto by poczuć ulice, innym razem do lasu, moje oczy i nos są wyostrzone, nie szukam idealnego świata, szukam prawdy, która nieco mi się rozmyła.
Od prawie dwóch lat tworzę zapach mojego Śląska, magla, ulic, familoków, powoli zaczynam kończyć moją opowieść, lecz chcę ją jeszcze okrasić fotografiami miejsc, z których czerpię inspirację.
Fotografie, które obecnie tworzę mają być z rysami, nie idealne, z ziarnem, może lekko nieostre, niezbyt dosłowne, podobnie jak zapachy, to nie perfumy do noszenia, to aromaty do doświadczania i odkrywania, to buteleczki do zabrania na hałdę, Giszowiec, Nikiszowiec, pod bramy nieczynnych kopalni, na ławeczkę przy familoku… To zapachy zachęcające do rozmowy i poznania historii…
Dzisiaj usłyszałam, że moje zapachy Śląska to coś bardzo nostalgicznego, czego nie umie się nazwać, to po prostu czuć w środku, w ciele, takie dziwne uczucie nostalgii. To dobrze…
Monika