No i finisz, mamy 14 lutego Walentynki.
Dziś, na koniec naszej wspólnej podróży, nie będzie szokująco ani mrocznie. Dzisiaj wrzucamy na luz i obieramy kierunek czuły i kochany. Bo choć przez ostatnie dni zaglądaliśmy pod podszewkę historii, szukając przymusu i magii, to ostatecznie ten dzień jest po to, by po prostu utulić siebie nawzajem.
Trochę przekornie w pierwszym dniu cyklu napisałam o plastikowych serduszkach z Pepco, niech będą! Co w nich złego? Ważny jest gest, intencja, chwila bliskości. Różne rzeczy lubimy, różnie świętujemy, różnie okazujemy czułość, ktoś woli kwiaty, ktoś czekoladki, ktoś cichy wieczór z herbatą i rozmową do świtu. Niech każdy decyduje sam, bo miłość to nie szablon, to Twoja historia.
Jakiś czas temu przeczytałam (niestety bez podania autora), że każdy napotkany człowiek pragnie miłości, absolutnie każdy. Miłość to foremne słowo, uczucie różnie postrzegane, różnie zdobywane. Nie ma recepty zero-jedynkowej by poznać bratnią duszę, szczególnie dziś, gdy algorytmy, swipy i presja komplikują to, co od zawsze było już skomplikowane. Co mogliśmy z trochę innej perspektywy prześledzić w ostatnich dniach, od papirusów z krwią po supły pod poduszką, ludzkość szukała zaklęć, bo miłość to tajemnica.
Jak pisał Platon w „Sympozjonie” miłość to drabina ku pięknu wiecznemu, wspinasz się przez ciała, słowa, dusze, ale wymaga pracy, wiary, dawania szans, szczęścia i pracy nad sobą. Nie łyknie się pigułki (choć próbowano od Azteków po eter Grahama), nie ma appki na absolut. To spotkanie kruche i cudowne.
Obejrzyjcie filmik, cytat z „Love Actually”, który zawsze mnie wzrusza. Miłość jest wszędzie: w ojcach i synach, matkach i córkach, starych przyjaciołach. Szukajcie jej a znajdziecie. Spójrzcie na te pary, na te gesty,na to, jak miłość faktycznie jest wszędzie wokół nas, w starszych państwie przechodzących przez pasy, w ojcu trzymającym syna za rękę, w czułym uścisku na ulicy. To jest ta prawdziwa magia, której nie trzeba wywoływać zaklęciami. Ona po prostu jest jeśli tylko zechcemy ją dostrzec.
Na ten dzisiejszy dzień życzę Wam, aby strzała Kupidyna była dla Was strzałem w dziesiątkę. Ale czy wiecie, co w tej legendarnej strzale było naprawdę?
Nawiązując do źródeł historycznych, m.in. u Owidiusza w Metamorfozach, Kupidyn władał dwiema strzałami. Ta, która przynosiła miłość, miała grot ze złota, ale w tradycji orfickiej wierzono, że była ona nasączona miodem i ambrozją, substancjami, które w starożytnej olfaktoryce symbolizowały najwyższą harmonię i błogostan. A żeby to jeszcze bardziej zagmatwać, bo historia bywa płynna i różne źródła podają, różne informacje natknęłam się także na to iż strzała była namaszczona mirrą i ambrą, słodkimi zapachami bogów, by pożądanie było czystym ogniem. Dziś życzę Wam tej mirry w sercu, ciepłej, otulającej, wiecznej.
Dziękuję, że byliście ze mną przez ten tydzień.
A ja zbieram się z czułością dzisiaj przekazywać wiedzę olfaktoryczną przyszłym perfumiarzom
Monika