No to zaczynamy od dzisiaj pierwszy dzień 6-dniowego cyklu, w którym zdejmiemy z Walentynek lukrowaną maskę, by zajrzeć tam, gdzie zapach spotyka się z magią, a pożądanie graniczy z obsesją.
Zapomnijcie na chwilę o bukietach czerwonych róż, zajrzymy do mrocznych zakamarków starożytności, gdzie miłość nie była tylko westchnieniem, lecz alchemią krwi, słów i woni w grecko-rzymskich zapisanych w miłosnych papirusach, które mogłyby zainspirować niejednego współczesnego perfumiarza do skomponowania czarującego eliksiru w sam raz na Walentynki.
Były to teksty, które nie miały trafić do świątyń ani bibliotek filozofów, były skrzętnie przechowywane w zwojach, składane lub noszone blisko przy ciele.
Wspomniane papirusy nie były ckliwymi listami miłosnymi, były to instrukcje obsługi ludzkiej woli, które dziś nazwalibyśmy co najmniej niepokojącymi.
Był tam jeden bardzo osobliwy rytuał nakazujący magowi użycie morskiej muszli, należało ją nakłuć a potem zapisać na niej imiona bogów krwią czarnego osła, były to słowa mocy.
Zaklęcie brzmiało:
“Ukochana, gdziekolwiek jest, czuje płomień w piersi i pędzi do was, zniewolona.”
Osioł był zwierzęciem Tyfona, bóstwa chaosu i pierwotnej siły, krew miała być paliwem dla intencji, która nie przyjmowała sprzeciwu.
Była to tak zwana magia agōgē (przymusowa), w której używano zapachów nie po to by koić zmysły, ale by zaklęcia nabierały mocy i odbierały ukochanej osobie spokojny sen, oddech i spokój do momentu aż nie stanie w drzwiach osoby, która rzuciła zaklęcie miłosne.
Choć papirusy rzadko opisują aromaty wprost, świat starożytnych rytuałów był nimi przesiąknięty, praktycznie nie obyło się bez spalania kadzideł w postaci mirry i sandałowca.
Pachnący dym był pomostem między tym co ludzkie i boskie, między pragnieniem a działaniem.
Palone kadzidło może mieć właściwości euforyczne a jeśli doda się do niego drzewnych surowców i kwiatowych budziło i nadal może pobudzać pierwotną zmysłowość.
Monika