Na jakiś czas przestałam być aktywna w mediach społecznościowych, jak drzewo, które gubi liście i zostaje nagie wobec świata. Potrzebowałam tego, nie ucieczki, ale ciszy, takiej, która nie tłumi, tylko pozwala usłyszeć to, co najważniejsze. Nie przestałam tworzyć,przeciwnie, poświęciłam czas na naukę, książki, podcasty i wielkie odpuszczenie.
Właśnie wtedy, w cieniu trudnych chwil, kiedy wszystko we mnie pękło jak przejrzała łupina zaczęło się rodzić coś prawdziwego, bez pędu, nacisku i rywalizacji.
W mojej pracowni wciąż paliły się światła i rozbrzmiewały zaskakujące akordy. Flakony nie zarosły kurzem, a nuty choć cichsze snuły się w powietrzu otulając mnie nadzieją, spokojem i otuchą. Zmienione, głębsze, na wskroś moje. Zapach przestał być tylko kompozycją, stał się modlitwą, rozmową z tym, co niewidzialne i mi najbliższe, olfaktorie bottanicum stały się moją terapią.
Teraz jestem na wsi. Długi weekend, cisza, zieleń, powietrze gęste od pyłków, od życia. Zbieram dzikie kwiaty, pocieram palcami liście krwawnika i przyglądam się jak rosa osiada na polnych ostach. Świat zapachów natury jest jak księga, w której każda roślina opowiada historię, jeśli tylko ma się cierpliwość słuchać.
Czytam dużo. Literatura jak zapach, dociera głębiej niż słowa, „Ucho Igielne” Wiesława Myśliwskiego wybrzmiewa we mnie podczas jazdy rowerem. Na stronach książek szukam odbicia tego, co dzieje się we mnie. Spotykam się z ciszą i nie chcę już od niej uciekać, zacząłam ją destylować niczym najznakomitsze olejki eteryczne,myśli, wspomnienia, nowe nadzieje.
Wszystko się przewartościowuje, formuje,zmienia. Nie chcę już być tam, gdzie trzeba głośno krzyczeć, żeby zostać usłyszanym, gdzie współzawodnictwo wyznacza standardy kreacji, najpiękniejsze działania, te najbardziej wartościowe powstają z codziennej pasji, rozwoju, praktyki i ciągłej ciekawości. Chcę być tam, gdzie zapach mówi wszystko, bez słów.
Zaczynam nowe olfaktoryczne drogi. Zamiast dążyć do perfekcji, szukam autentyczności. Komponuję zapachy, które są jak szwy, zszywają to, co we mnie zostało porozdzierane. Tworzę z suszu wspomnień i świeżo zerwanych liści nadziei. Zaczynam rozumieć, że perfumy mogą być nie tylko piękne, ale i prawdziwe z przekazem i ciągle z nadpisującą się opowieścią.
Zachwycam się coraz bardziej tym co proste, nutą sosnowej kory spotkanej po drodze, kwaśną mgiełką powietrza przed burzą, suchością sprasowanego siana, słonym zapachem ciała po spacerze w upale. Nie tworzę już po to, by się podobać, tworzę, żeby opowiadać świat zmysłowo, po mojemu, po latach pracy wyłonił się styl.
Wracam nie po to, żeby błyszczeć, ale żeby zaprosić do wspólnego milczenia nad konkretem dzikich róż, do słuchania opowieści pączków topoli i dzikich kwiatów.
Dojrzałam, zaczęłam rozumieć, zapach stał się dla mnie drogą, przewodnikiem, lustrem. I choć świat wciąż pędzi, ja zostaję na chwilę tutaj, w zapachu mokrej ziemi, w szeleście drzew, w samotności, która nie boli, bo pachnie prawdą i rozwojem.
Zaczynam od nowa. Nie od początku, ale od głębi.